Archiwa kategorii: Na głównej

Ulotne

Wyszedłem na mokry, jesienny wieczór, z całym ciężarem przepracowanego dnia. Kroczyłem głośno po brukowanej posadce, i choć miałem założone słuchawki, słyszałem ruch uliczny i szum już niemal martwych liści. Te dźwięki oraz nieprzychylne zmęczonemu człowiekowi otoczenie idealnie wpasowały się w muzykę Cohena. You Want it Darker.

Nie było jeszcze osiemnastej, i w tym upatrywałem swoich szans, by zdążyć do sklepu i złożyć zamówienie. Idąc pośpiesznie, starałem się na chwilę nie myśleć o wszystkim, co zebrało się w ciągu dnia; mieć czysty umysł pośród innych, zmęczonych, myślących o swych ciepłych kątach i równie ciepłej kolacji ludzi. Mokre, bursztynowe liście miotały się pod moimi nogami, do czasu, aż doszedłem do ronda. Cóż, udało się. Wskoczyłem na tył starego, niemieckiego tramwaju, co w mig odcięło mnie od ulicznej kakofonii, wtłaczając w zupełnie nową, utkaną z szeptów, dialogów i dzwonków smartfonów.

Czytaj dalej Ulotne

„Kamper” (2015) – Film (2)

Tak, wiem wstępniak to zazwyczaj to miejsce, w którym najwięcej marudzę, uskarżając się w szczególności na fakt, że w zasadzie to nie jest mi po drodze z tzw. „kinem polskim” i że albo „znowu mamy do czynienia z kopiowaniem Zachodu”, albo wręcz przeciwnie – „reżyser postanowił pójść własną drogą, ale niestety Zachód już wytyczył jedyną słuszną i trzeba się było zainspirować”, ale tym razem, zamiast jęczeć (w końcu mamy ŚDM!) – pokornie przechodzę do rzeczy. „Kamper” bowiem, choć nie uniknął pewnych wpadek, daje się całkiem nieźle oglądać i nawet jeśli, w jakimś miejscu ociera się o banał, stanowi iskierkę nadziei, że nad Wisłą zacznie się produkować coś innego niż komedie romantyczne i monumentalne kino patriotyczne z tektury.

Czytaj dalej „Kamper” (2015) – Film (2)

PoGRANE (3): Diablo (1996) & I.G.I. 2 – Covert Strike (2003)

W ostatnich tygodniach z graniem tradycyjnie słabo, ale w ramach relaksu, w „tajmszicie” znalazło się miejsce dla dwóch pozycji: blizzardowskiego, legendarnego już „Diablo” z 1996 r. oraz sequela pierwszoosobowej, „skradankowej strzelanki”, która do Polski trafiła pod nazwą „Project I.G.I.”, tj. dla „I.G.I. 2 – Covert Strike” z 2003 r. Z racji tego, że ta pierwsza to niekwestionowana gwiazda, która swą obecność zaznaczyła nawet w słynnym kazaniu Ojca Natanka (pod dźwięczną nazwą „Diabolo”), z okazji nadchodzących Światowych Dni Młodzieży w Tristra…, znaczy ten, w Krakowie – zamierzam poświęcić jej odpowiednio więcej miejsca, niż „I.G.I.”

Czytaj dalej PoGRANE (3): Diablo (1996) & I.G.I. 2 – Covert Strike (2003)

PoGRANE (2): To the Moon (2011)

Bez zbędnych ceregieli i gry wstępnej, mogę Wam wprost oświadczyć, że podstawowy problem z „To the Moon” jest taki, że jej autor nie za bardzo potrafił się zdecydować, czy chce bawić, czy wzruszać. Nie miałbym z tym problemu, bo sam miewam podobnie, gdyby nie fakt, że gra obie rzeczy próbuje czynić dość nachalnie. Nie mam przecież serca z kamienia, ronię łzy nie tylko przy III Symfonii Góreckiego (za każdym razem), lecz nawet w trakcie ataku młodego Skywalkera na Świątynię Jedi (zaiste, rację miał Mistrz Yoda – tylko ból znalazłem w zapisie wydarzeń z przeszłości), nie licząc innych dzieł kultury, ale małe dziełko Kana „Reivesa” Gao zamiast wzruszać subtelnie i z wdziękiem, brutalnie wjeżdża „z buciora” w powieki, krzycząc: „No płacz, płacz, skurwysynu! Nie wzrusza cię stary umierający człowiek?! Nie wzrusza cię tragiczna miłość?! Nie wzrusza chłopczyk wpadający pod koła samochodu?! No co z ciebie za chuj!?” i osobiście czuję się przez takie postępowanie nieco odarty – powiedzmy, że z „godności gracza”. Bo wybacz Kan, ale to ja tu trzymam łapy na myszce i klawiaturze, i to ja decyduję czy poruszyła mnie historia, którą chciałeś opowiedzieć, czy nie.

Jeszcze bym to zresztą jakoś przeżył, gdyby pomiędzy tymi wszystkimi próbami doprowadzenia mnie do płaczu, „To the Moon” nie próbowało mnie jednocześnie z rozśmieszyć. Niestety – ze znacznie gorszym skutkiem.

Czytaj dalej PoGRANE (2): To the Moon (2011)

PoGRANE (1): Colin McRae Rally 2.0 (2000)

Powiedziałbym, że jestem chujowym kierowcą, ale obraziłbym wówczas wszystkich chujowych kierowców świata, bo między Bogiem, a prawdą, w rankingu najgorszych „drajwerów” mieszczę się w ostatniej dziesiątce, zaraz po taborecie, dwa miejsca po kaktusie oraz puszcze Paprykarza Szczecińskiego (z dużej litery, żeby okazać należny mu szacunek) oraz trzy miejsca po przeciętnej kobiecie, toteż naprawdę dziwi mnie, że przy CMRze 2.0 bawiłem się tak dobrze.

Czytaj dalej PoGRANE (1): Colin McRae Rally 2.0 (2000)

Andrzej Stasiuk: the best of 2000 – 2010

Andrzej Stasiuk: Nie ma ekspresów przy żółtych drogach. Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2013.

Gdy skończyłem lekturę Nie ma ekspresów przy żółtych drogach zorientowałem się, że chyba przegapiłem fragment, w którym autor wyjaśnia o co chodzi w tytule dzieła. Taka właśnie jest proza Andrzeja Stasiuka. Czyta się ją szybko i bardzo dobrze. Wyzwala uczucia i skłania do przemyśleń – nierzadko całkiem poważnych – także nad swoim życiem. Potem zostaje w głowie efekt tych refleksji, garść ciekawostek oraz lista książek do przeczytania i miejsc do odwiedzenia. Przemyślenia i dygresje autora są często ważniejsze i cenniejsze od narracji związanej z tytułem książki. Najbardziej to chyba widać we Wschodzie.

Cóż… O co więc chodzi z tymi ekspresami przy żółtych drogach? Ja to rozumiem tak, że żółte drogi, to drogi zaznaczone żółtym kolorem na mapie – znacznie ciekawsze od czerwonych DK. A że nie ma ekspresów? Faktycznie, jak zatrzymamy się na kawę w jakimś barze przy takiej drodze, zwykle dostaniemy tylko fusiastą. Mnie to nie przeszkadza. Strzelam, że Stasiukowi też nie.

Czytaj dalej Andrzej Stasiuk: the best of 2000 – 2010

Scena lokalna (7): Stonerror – „Rattlesnake Moan” (2016)

Pamiętam swój pierwszy kontakt ze Stonerror. Byłem na koncercie w nieistniejącej już dziurze o nazwie „Kana”, gdzie w ramach piwnicznego festiwalu produkował się szereg bliżej mi nieznanych zespołów. Stałem przy barze, popijając szczynopodobny napój i słuchając kolejnych kapel wrzynających się w bębenki z wdziękiem wiertarki udarowej, gdy wtem na scenę weszło kilku niepozornych jegomościów.
– Co to było? – zaciekawiłem się wstrząśnięty (i niezmieszany) po krótkim, acz mocnym, dwudziestominutowym secie.
– Stonerror – wyjaśnił mi organizator imprezy.
– Stoneterror? – chciałem się upewnić, ogłuszony ciężkim brzmieniem.
Stonerror, kurwa!!!
– Mój przyjacielu – odstawiłem piwo – Każdy człowiek na takich festiwalach wystawia najpierw porządne kapele, a gdy klientela się napije, wówczas puszcza gorsze. Ty zaś zachowałeś dobre granie aż do tej pory.

Czytaj dalej Scena lokalna (7): Stonerror – „Rattlesnake Moan” (2016)

Scena lokalna (6): Mothers in Furs – „JISEI NO KU” (2015)

Z muzyką Mothers in Furs miałem okazję zapoznać się podczas ich występu w Pięknym Psie. Było ostro, bezkompromisowo i rytmicznie, a przy tym na tyle niebanalnie, że całość po prostu nie mogła się nie podobać. Nie miałem wątpliwości, że to jedna z tych kapel, która nawet jeśli zejdzie w rejony spokojniejszego grania – nigdy nie nagra żadnej ballady, że to nie żadna tam – uciekając się do porównań motoryzacyjnych – hybryda na prąd i olej rzepakowy, tylko najprawdziwszy diesel.

Czytaj dalej Scena lokalna (6): Mothers in Furs – „JISEI NO KU” (2015)

Maciek

Siedzę przy barze w krakowskim „Domu Piwa” oddając się tradycyjnej popołudniowej rozrywce, to jest lekturze gazety, kawie i papierosom. Jest ciepło i przyjemnie, a z głośników sączy się „All Blues” Davisa. Przez moment jestem pewien, że zgubiłem jesień gdzieś za plecami, gdy wtem – niespodziewanie – wkracza ona do zadymionego wnętrza, zatrzymując się tuż obok mnie.

Wysoka, szczupła, z poskręcaną burzą ciemnych włosów skrytych pod szerokim rondem kapelusza; w jasnym płaszczu i kasztanowym szalu okalającym szyję i ramiona – prezentuje się nad wyraz godnie – choć spojrzeniem brązowych oczu już na dzień dobry mówi mi „spierdalaj”.
– 50tkę wódki – rzuca krótko w stronę baru, sadowiąc się na wysokim krześle. Ma lekko zachrypnięty głos, jakby przez ostatnią godzinę na kogoś krzyczała.

Czytaj dalej Maciek

Scena lokalna (5): Snowid – „Legendy” (2015)

„- A tu taka trochę inna muzyka” – usłyszałem, odbierając płytkę do recenzji. Będąc spokojnym, że sformułowanie „trochę inna” może oznaczać co najwyżej coś w rodzaju jazzowych eksperymentów z wykorzystaniem cymbałów zrobionych ze słoików po ogórkach, trójkąta basowego i starego tapczanu zmienionego w akordeon, ze spokojem wkładałem ją do czytnika. A potem stało się coś dziwnego.

Czytaj dalej Scena lokalna (5): Snowid – „Legendy” (2015)