Archiwa kategorii: Opowiadania

Ulotne

Wyszedłem na mokry, jesienny wieczór, z całym ciężarem przepracowanego dnia. Kroczyłem głośno po brukowanej posadce, i choć miałem założone słuchawki, słyszałem ruch uliczny i szum już niemal martwych liści. Te dźwięki oraz nieprzychylne zmęczonemu człowiekowi otoczenie idealnie wpasowały się w muzykę Cohena. You Want it Darker.

Nie było jeszcze osiemnastej, i w tym upatrywałem swoich szans, by zdążyć do sklepu i złożyć zamówienie. Idąc pośpiesznie, starałem się na chwilę nie myśleć o wszystkim, co zebrało się w ciągu dnia; mieć czysty umysł pośród innych, zmęczonych, myślących o swych ciepłych kątach i równie ciepłej kolacji ludzi. Mokre, bursztynowe liście miotały się pod moimi nogami, do czasu, aż doszedłem do ronda. Cóż, udało się. Wskoczyłem na tył starego, niemieckiego tramwaju, co w mig odcięło mnie od ulicznej kakofonii, wtłaczając w zupełnie nową, utkaną z szeptów, dialogów i dzwonków smartfonów.

Czytaj dalej Ulotne

Maciek

Siedzę przy barze w krakowskim „Domu Piwa” oddając się tradycyjnej popołudniowej rozrywce, to jest lekturze gazety, kawie i papierosom. Jest ciepło i przyjemnie, a z głośników sączy się „All Blues” Davisa. Przez moment jestem pewien, że zgubiłem jesień gdzieś za plecami, gdy wtem – niespodziewanie – wkracza ona do zadymionego wnętrza, zatrzymując się tuż obok mnie.

Wysoka, szczupła, z poskręcaną burzą ciemnych włosów skrytych pod szerokim rondem kapelusza; w jasnym płaszczu i kasztanowym szalu okalającym szyję i ramiona – prezentuje się nad wyraz godnie – choć spojrzeniem brązowych oczu już na dzień dobry mówi mi „spierdalaj”.
– 50tkę wódki – rzuca krótko w stronę baru, sadowiąc się na wysokim krześle. Ma lekko zachrypnięty głos, jakby przez ostatnią godzinę na kogoś krzyczała.

Czytaj dalej Maciek

Wyobcowanie

Gdybym wiedział, jaki przebieg będzie miał ten dzień, wolałbym go przespać.

Jak wiadomo, jestem prawdziwym „dzieckiem szczęścia”. W zeszłym tygodniu rozwaliłem ekran telefonu sprowadzając to wszechstronne urządzenie do poziomu prymitywnego sprzętu służącego wyłącznie do prowadzenia rozmów (na ekranie nic nie widać), wczoraj dźgnąłem się łyżeczką w oko, a dziś…

Dziś pobiłem wszelkie rekordy nieprzystosowania społecznego.

Czytaj dalej Wyobcowanie

Warstwy wierzchnie (1)

Plac zabaw rzucony pomiędzy szare bryły bloków. Spłowiała farba łuszczy się na zapuszczonych, niedbale wzniesionych konstrukcjach huśtawek i zjeżdżalni, ale dla bawiących się tu dzieci ten śmietnik jest ogrodem.

Siedzimy na wysokiej ławce, zgodnie majtając nogami w powietrzu. Niebo na zachodzie rdzawi się już złowrogo, lecz wciąż jest zadziwiająco jasno, jakby przyroda zdecydowała się uroczyście podkreślić moment zbliżającej się iluminacji.

Dziadku, czym w zasadzie jest prawo?

Czytaj dalej Warstwy wierzchnie (1)

Czarny dzień sierpnia

Koszmar każdego poranka – moje zaspane oczy oraz krzyk Elizy z sąsiedniego mieszkania – ściany po raz kolejny uświadomiły jej całą podłość sytuacji, w jakiej się znalazła.

Długa oś sąsiedzkich relacji nauczyła mnie taktu oraz wyczucia; przywykłem do krzyku, znając jego niekwestionowane powody.

Pozostają jeszcze moje zaspane oczy – efekt zwad z filozofami, toczonych do późnych godzin nocnych, wyrafinowanych acz ułomnych w swej pośledniości.

Czytaj dalej Czarny dzień sierpnia

Kontakt

Kontakt

Przebiwszy się przez atmosferę, statek zawisł nad błotnistą powierzchnią planety. Zetrix ostrożnie zmniejszył ciąg i pozwolił maszynie osiąść, pilnując by podwozie i stabilizatory nie zanurzyły się zanadto w brunatnej mazi. Pilotowany przez niego Coleopter 600/11 był wprawdzie nowoczesnym statkiem zwiadowczym klasy 0, jednakże pozostawał w służbie od ponad dziesięciu lat i wyrzutnie pneumatyczne – służące do wyrzucania statku pionowo w przestrzeń – miały tendencje do zacinania się.

Czytaj dalej Kontakt

Pójdźże piękna gołąbeczko

Nie uwierzycie, co mi się przydarzyło.
W zeszłą sobotę wybrałem się do Nowej Huty, by odwiedzić starego przyjaciela – Kurtza (nazywamy go tak, bo odkąd się tam przeprowadził, zupełnie stracił kontakt z rzeczywistością, a niestety dla otoczenia, jesteśmy z kolegami za bardzo obeznani z klasyką literatury, by dawać znajomym przydomki w stylu: Łysy, Siwy czy Pała). W celu dotarcia na miejsce zapakowałem się do „czwórki”, ale nie Golfa, a tramwaju, co zasadniczo okazało się być błędem bogatym w konsekwencje.

Czytaj dalej Pójdźże piękna gołąbeczko

Zagraj to jeszcze raz, Sam

Zmrok spłynął z nieba niczym smoła, grzebiąc miasto pod warstwą grząskiej, kleistej nocy. Powieki zrobiły się jakby cięższe. Przez moment, miast gliną w czarnym płaszczu, byłem Bogiem Gromu. Huknęło siedem razy – tyle, ile powinno. Kałuże się rozbryznęły.

Nie czułem, że upadam. Niespodziewane uderzenie o ziemię wytrąciło mi broń z ręki. Ciemność zamknęła się nade mną, by w chwilę później rozwinąć się w grafit pełen bladych gwiazd. Odległe światy mrugały nieśmiało przez ścianę drobnego deszczu.

Czytaj dalej Zagraj to jeszcze raz, Sam

Pożegnanie Wuja Alberta

Moi Drodzy, smutna sprawa.
Mój wujek – Albert – zmarł nagle, lecz nie można powiedzieć, że niespodziewanie. Całe żyć chlał, palił, eksperymentował z narkotykami i zabawiał się z dziwkami, powoli, lecz nieubłaganie, coraz bardziej podupadając na zdrowiu. Odkąd w wieku 25 lat odziedziczył po ojcu (też pijaczynie, ale w Rzezawie każdy chleje, taki mamy klimat) dwa dobrze zlokalizowane sklepy obuwnicze w Bochni, miał forsy jak lodu i żył tak, jak żyć chciałby każdy odważny i niezależny mężczyzna – jakby miał następnego dnia umrzeć. Nie ma co się oszukiwać, był czarną owcą, więc dla całej rodziny był wkurwiający jak Leszek Miller pod koniec kadencji, ale ja go na swój sposób lubiłem. Miał tę swobodę, jaką posiadają zamożni ludzie, którym na niczym już nie zależy, więc mogą sobie bimbać z innych i ich powagi.

Czytaj dalej Pożegnanie Wuja Alberta

Szkoda, że cię tu nie ma

No nareszcie! Wyjmują mnie z żółtej reklamówki z widniejącą nań biedronką i stawiają na kamiennej płycie. Jestem podekscytowany tą chwilą, jak każdy przedstawiciel mojego gatunku. Słyszę niecierpliwy stukot moich, tłoczących się w folii, towarzyszy, ale jestem niemal w pełni skoncentrowany na drobnej, kobiecej dłoni pochylającej się nade mną z zapałką.

– No, dawaj Mała – szepczę w duchu – Come on Baby, Light my Fire!

Czytaj dalej Szkoda, że cię tu nie ma