Archiwa kategorii: Muzyka

Scena lokalna (7): Stonerror – „Rattlesnake Moan” (2016)

Pamiętam swój pierwszy kontakt ze Stonerror. Byłem na koncercie w nieistniejącej już dziurze o nazwie „Kana”, gdzie w ramach piwnicznego festiwalu produkował się szereg bliżej mi nieznanych zespołów. Stałem przy barze, popijając szczynopodobny napój i słuchając kolejnych kapel wrzynających się w bębenki z wdziękiem wiertarki udarowej, gdy wtem na scenę weszło kilku niepozornych jegomościów.
– Co to było? – zaciekawiłem się wstrząśnięty (i niezmieszany) po krótkim, acz mocnym, dwudziestominutowym secie.
– Stonerror – wyjaśnił mi organizator imprezy.
– Stoneterror? – chciałem się upewnić, ogłuszony ciężkim brzmieniem.
Stonerror, kurwa!!!
– Mój przyjacielu – odstawiłem piwo – Każdy człowiek na takich festiwalach wystawia najpierw porządne kapele, a gdy klientela się napije, wówczas puszcza gorsze. Ty zaś zachowałeś dobre granie aż do tej pory.

Czytaj dalej Scena lokalna (7): Stonerror – „Rattlesnake Moan” (2016)

Scena lokalna (6): Mothers in Furs – „JISEI NO KU” (2015)

Z muzyką Mothers in Furs miałem okazję zapoznać się podczas ich występu w Pięknym Psie. Było ostro, bezkompromisowo i rytmicznie, a przy tym na tyle niebanalnie, że całość po prostu nie mogła się nie podobać. Nie miałem wątpliwości, że to jedna z tych kapel, która nawet jeśli zejdzie w rejony spokojniejszego grania – nigdy nie nagra żadnej ballady, że to nie żadna tam – uciekając się do porównań motoryzacyjnych – hybryda na prąd i olej rzepakowy, tylko najprawdziwszy diesel.

Czytaj dalej Scena lokalna (6): Mothers in Furs – „JISEI NO KU” (2015)

Scena lokalna (5): Snowid – „Legendy” (2015)

„- A tu taka trochę inna muzyka” – usłyszałem, odbierając płytkę do recenzji. Będąc spokojnym, że sformułowanie „trochę inna” może oznaczać co najwyżej coś w rodzaju jazzowych eksperymentów z wykorzystaniem cymbałów zrobionych ze słoików po ogórkach, trójkąta basowego i starego tapczanu zmienionego w akordeon, ze spokojem wkładałem ją do czytnika. A potem stało się coś dziwnego.

Czytaj dalej Scena lokalna (5): Snowid – „Legendy” (2015)

Przesłuchane (1): Auktyon – „Devushki poyut” (2007)

Zwracam honor nauce Kościoła – ksiądz miał rację – od masturbacji się ślepnie. Nie potrafię inaczej wytłumaczyć faktu, że w swych muzycznych poszukiwaniach przeoczyłem rosyjski Auktyon (АукцЫон). Album z „diewuszkami” w nazwie przeleżał w moim zasobie pełne trzy lata, zanim zdecydowałem się go przesłuchać i broni mnie tylko to, że pewnie nie jest jedyną płytą, która zaginęła na czteroterrabajtowej powierzchni dysków (w ogóle wszystko mi ginie – pół roku temu „zaginęło” mi poczucie traconego czasu, a brata ostatni raz widziałem, jak miesiąc temu ściszał telewizor).

Czytaj dalej Przesłuchane (1): Auktyon – „Devushki poyut” (2007)

Scena lokalna (4): Kraków Street Band & Krystyna Święcicka-Wójcik – „Dedicated to Jerzy Wójcik” (2015)

Już na wstępie zaznaczę, że na co dzień nie jestem fanem bluesa, folku, country i odmian tychże, ostrożnie ograniczając swój kontakt z nimi do wczesnego Dylana. Do tej pory słowo banjo kojarzyło mi się raczej ze skakaniem z mostów na gumie, a nie z instrumentem muzycznym, (iluminacja przyszła dopiero, gdy w Internecie natrafiłem na temat: „Drogie Bravo, znalazłem na śmietniku taką małą, pięciostrunową gitarkę, Tata mówi, że to banjo. Czy można na to wyrywać panienki?”*) co ma taki skutek, że potencjalny czytelnik, który jakimś cudem trafił na tekst powyższej recenzji (i jeszcze dobrnął do drugiego zdania – moje gratulacje) może przestać liczyć na „precyzyjną analizę porównawczą”, „próbę usytuowania dźwięków na muzycznej pięciolinii świata”, oraz zachwalanie „energii która objawia się w wieloraki sposób, począwszy od artykulacji przez polirytmię, a na dobrze zgranej sekcji skończywszy” i  „formy wariacyjnej, która objawia się w stopniowym nabudowywaniu tematów”.

Nie ma mowy, będzie tylko o emocjach.

Czytaj dalej Scena lokalna (4): Kraków Street Band & Krystyna Święcicka-Wójcik – „Dedicated to Jerzy Wójcik” (2015)

Scena lokalna (3): Rachus Quartet – „Globetrotter” (2014)

Jest taki stary (i suchy) dowcip – rock to muzyka składająca się z czterech akordów, której słuchają tysiące ludzi, podczas gdy jazz to utwory złożone z tysięcy akordów słuchane przez czterech ludzi. Zgarnąłem do recenzji debiutancki album Rachus Quartet i choć z klasyką gatunku jestem dość solidnie zaznajomiony (a można właśnie dlatego) – z miejsca tego pożałowałem. Pomimo bowiem tego, że zapoznałem się z „Globetrotter” naprawdę porządnie – tradycyjnie już – słuchając jej w domu, w pracy i w toku przemierzania odległości pomiędzy jednym, a drugim – na dwie godziny przed tym jak zasiadłem do pisania, miałem taką pustkę w głowie, że jedyne co byłem w stanie zrobić, to gapić się tępo w ścianę, jakby miał mi się tam zaraz wyświetlić John Coltrane i podyktować poszczególne słowa. W panice zacząłem szukać kogoś, kto w gatunku zasadzony jest jeszcze bardziej i będzie w stanie potwierdzić moje intuicje. „Co to, jazz?” – zapytał brat, widząc moją strapioną minę – „Bałbym się recenzować takie rzeczy” – dobił mnie.

Czytaj dalej Scena lokalna (3): Rachus Quartet – „Globetrotter” (2014)

Scena lokalna (2): So Flow – „Live Sessions EP” (2015)

Nie mam dziś ochoty na stopniowanie napięcia, więc już na wstępie ogłaszam, że po gruntowanym skatowaniu debiutanckiej EP’ki So Flow, nasuwają mi się trzy refleksje:

Po pierwsze, że to bardziej portfolio niż album (nawet w wersji mini), innymi słowy coś w rodzaju manifestu krzyczącego „patrzcie na co nas stać!”. Materiał zawarty na płytce jest bardzo zróżnicowany, w zasadzie w każdym kawałku mamy do czynienia z czymś innym, a to zmienia się język, a to stylistyka (choć ta w każdej wariacji daje się wrzucić do worka z napisem nu jazz, charakteryzującego się ciekawym pomieszaniem „staroszkolnego” grania z nowoczesną elektroniką). Można postrzegać to jako wadę, można i traktować jako zaletę, do czego sam się przychylam, bo dzięki temu całość szybko się nie znudzi.

Czytaj dalej Scena lokalna (2): So Flow – „Live Sessions EP” (2015)

Scena lokalna (1): Warstadt – „Warstadt” (2014)

Początki tej kapeli, to klasyk w czystej postaci: od pierwszych prób w garażu (warsztacie) w 1997 r., poprzez koncerty w klubach i większe bądź mniejsze sukcesy (dwie demówki, szczyty lokalnych list przebojów i wyróżnienia w przeglądach kapel studenckich), po rozejście się składu i zawieszenie działalności w 2004 r. oraz późniejsze, incydentalne już tylko występy w ramach wydarzeń tak różnych jak festiwal CHEEPA w belgijskiej Brukseli i jasełkowy koncert w Krakowie. Finał takich historii jest przewidywalny i ma zazwyczaj poniższy przebieg: płomień młodzieńczego buntu wypala się do cna, instrumenty wędrują na kołki, a muzycy zapuszczają brzuchy i podczas okazyjnych spotkań na grillu – przy piwie, kiełbasie podwawelskiej (w końcu to Kraków!) i krzyku gromady dzieciaków – wymieniają kurtuazyjne: „wiesz Wiesiek, musimy się kiedyś spotkać i pograć, jak za dawnych lat!”, do czego oczywiście nigdy nie dochodzi (i chwała Bogu, to mogłoby być straszne jak koncerty reaktywowanego Guns’n’Roses).

Czytaj dalej Scena lokalna (1): Warstadt – „Warstadt” (2014)

Vedder vs Cornell – starcie gigantów grunge’u

Tysiące lat temu, w czasach o których nikt już nie pamięta, w pewnej krainie w północno-zachodniej części Stanów Zjednoczonych, narodził się grunge (ten termin sam w sobie nic nie oznacza, choć niekiedy (raczej post factum)  uważa się go za synonim  do słówka „dirt”, czyli „brud”*). Była to muzyka niezwykła pod każdym względem, łącząca w sobie: staroszkolne, rockowe granie, zbuntowane, ale naprawdę dobre teksty oraz młodzieńczą świeżość podlaną koktajlem wódki, narkotyków i przygodnego seksu (być może przesadzam, ale fajnie to brzmi, więc nie będę kasował).

Czytaj dalej Vedder vs Cornell – starcie gigantów grunge’u

Systema Naturae – Rock Progresywny

Co to jest i dlaczego jest wyjątkowe?

Pamiętam, jakby to było wczoraj. Lato 2003 roku, wieczorowa pora, brunet (znaczy – ja), otwarty zeszyt na opowiadanie. Dzień wcześniej Madzia – moja licealna miłość – pożyczyła mi płytę „Dark Side of The Moon”  Floydów. Na początku nie zamierzałem jej słuchać (musiałem jakoś do niej zagadać, a nie miałem lepszych pomysłów niż pożyczenie płyty), ale co mi tam, co mnie nie zabije to mnie wzmocni – postanawiam sprawdzić jak to brzmi (trochę jednak ryzykowałem, bo wcześniej miałem od niej rzeczy w stylu Evanescence i Within Temptation, czego do dziś się wstydzę, a po czym mój sprzęt HI-FI już nigdy się nie podniósł, wieszając się w depresji w łazience).

Czytaj dalej Systema Naturae – Rock Progresywny